Kosmetyczne obiecanki-cacanki?

Każdy z nas lubi dobrze wyglądać, a w miarę wieku potrzeba zadbania o własny wygląd tylko rośnie. Nic zatem dziwnego, że sięgamy po „sprzymierzeńców”, którzy mają nam pomóc w walce z czasem. Rynek kosmetyczny to wie, a producenci prześcigają się we wprowadzaniu coraz to nowszych produktów, które mają przedłużyć młodość, zmienić wygląd lub po prostu sprawić przyjemność. Kto by się nie skusił na dawkę pewności siebie w słoiczku i to za wymierną cenę? 

Kompletnie to rozumiem. Jestem doskonałym celem dla producentów kosmetyków, ponieważ zawsze daję się skusić na nośne hasła pod tytułem: „krem odmładzający”, „serum na zmarszczki”, „peeling antycellulitowy”, „balsam spalający tkankę tłuszczową”, „podkład liftingujący”, itd. Gdy widzę tego typu produkty w ofercie, przestaję liczyć pieniądze i kupuję wszystko, co może być potencjalnym plastrem na moje kompleksy. 

Z jednej strony wiem, że nie mogę spodziewać się efektów po dwóch użyciach. Mało tego, z tyłu głowy mam świadomość, że nie ma takiego balsamu, który by zlikwidował hodowany przez lata tłuszczyk na brzuchu czy pośladkach. Dziewczyno, jeśli chcesz się pozbyć nadwagi – ogranicz słodycze i idź na siłownię! Ja to wiem! Ale jednak, z jakiegoś powodu daję się namówić na to, co wmawiają mi kolorowe slogany i hasła na opakowaniach kosmetyków.

Ostatnio zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać i zadałam sobie pytanie „w jakim stopniu można wierzyć w zapewnienia producentów”? Postanowiłam bliżej przyjrzeć się sposobom na przyciągnięcie uwagi klienta oraz zbadać, czy deklaracje przedstawione na produktach mają prawo się tam znaleźć i na ile można im zaufać.

Okazuje się, że przez długi czas regulacje obowiązujące w Unii Europejskiej, dotyczące deklaracji marketingowych na produktach kosmetycznych były określane jako zbiór dobrych praktyk producenckich, swoistych drogowskazów kierujących na tory etycznych zachowań w branży. To, czego brakowało to kar za ich nie przestrzeganie. Nie było narzędzi do egzekwowania „dobrych manier”, a to dawało furtkę nieuczciwym producentom do ignorowania ustalonych wytycznych lub zaniedbań w kompletacji niezbędnych dokumentów. Wszystko zmieniło się w 2019 roku, kiedy weszły w życie przepisy dot. deklaracji marketingowych. 

Od 1 stycznia 2019 roku obowiązuje ustawa o produktach kosmetycznych, która stanowi podstawowe i główne narzędzie prawne w egzekwowaniu norm tzw. dobrej praktyki producenckiej w zakresie deklarowania właściwości produktu kosmetycznego. Dokument ten ujednolicił wymogi prawne poszczególnych krajów i wyeliminował praktyki, które wprowadzały klientów w błąd i szkodziły konkurencji. Do tego wyznaczono organy nadzorujące przestrzeganie rozporządzeń i egzekwujące konsekwencje wobec nieuczciwych praktyk. Pierwsza część dokumentu ujednolica dotychczasowe zapisy, które Unia Europejska wprowadziła już w 2013 roku rozporządzeniem nr 655/2013/WE.

Natomiast to, o czym chcę dzisiaj napisać, czyli deklaracje marketingowe, zostały uregulowane w Dokumencie Technicznym Komisji Europejskiej. Na początku lipca 2017 roku dołączono do Dokumentu cztery załączniki:

  • Załącznik I – określa wspólne kryteria dotyczące deklaracji marketingowych wynikające z rozporządzenia Komisji (UE) nr 655/2013 oraz przykłady, ilustrujące ich zastosowanie. 
  • Załącznik II – określa najlepsze praktyki dotyczące typu wsparcia / typu dowodów stosowanych w celu uzasadnienia deklaracji marketingowych.
  • Załącznik III – określa kryteria dla deklaracji typu “free from” oraz przykłady ilustrujące ich zastosowanie
  • Załącznik IV – określa kryteria dla deklaracji “hipoalergiczny”

Obowiązują one producentów od 2019 roku, czas pomiędzy wprowadzeniem a zastosowaniem przepisów, to tak zwany okres przejściowy, który był niezbędny do wprowadzenia wymaganych zmian.  

Zacznijmy od definicji deklaracji marketingowej – jest to zapewnienie producenta o właściwościach lub określonego kierunku działania produktu, który komunikuje klientowi w celu wyróżnienia swojego wyrobu na tle konkurencji. Z założenia deklaracje marketingowe powinny być tworzone tak, aby w gąszczu skomplikowanych, łacińskich nazw składów, zwykły szary człowiek, potrafił zrozumieć, co kupuje. Lubimy deklaracje marketingowe, ponieważ one ułatwiają nam wybór i przyspieszają proces decyzji zakupowej. Organy nadzorujące rynek kosmetyczny również lubią deklaracje marketingowe, pod warunkiem, że spełniają one wymogi regulacji prawnych.

Nie zagłębiając się w meandry zawiłości formalno-prawnych, po krótce opiszę, co możecie wyczytać z etykiet kosmetyków, co powinno wam dać do myślenia oraz co w żadnym wypadku nie powinno się tam znaleźć. 

  1. „free from…”, „nie zawiera…”, „0%…”, „bez dodatku…”

Często wykorzystywany przez producentów trick określania, czego dany kosmetyk nie zawiera, został ukrócony przez wprowadzenie Załącznika III do rozporządzenia 655/2013. Mówi on o zakazie używania negatywnej retoryki w odniesieniu do składników, które nie są zakazane prawem. Podkreślanie ich braku w składzie danego produktu automatycznie powoduje strach i niepewność konsumenta przed produktami, które takiego oznaczenia nie posiadają, albo w składzie których dany składnik występuje. Na przykład „bez parabenów”. Stosowanie parabenów nie jest zabronione. Nie ma w nich nic złego, oprócz tego, że mają zły PR (ale o tym innym razem).

Deklaracje tego typu nie powinny znaleźć się także na produktach, w których używanie składnika nie jest zwyczajowo stosowane poprzez specyfikę produkcyjną. Na przykład producent perfum nie może oznaczać swoich flakonów deklaracją „nie zawiera konserwantów”. Perfumy ich nie zawierają, bo nie muszą, ponieważ duże stężenie alkoholu wystarczająco chroni produkt przed rozwojem bakterii. Oczywiste.

Producent nie może obiecywać właściwości, której nie da się zagwarantować. Na przykład napis „Krem nie wywołuje alergii” jest niedopuszczalny. Bo krem może być pozbawiony składników wywołujących alergię, ale czy jako całościowy kosmetyk jej nie wywoła? Tego nie możemy stwierdzić na sto procent, nawet po przeprowadzonych badaniach. Nawet jeśli z grupy badanych osób u żadnej nie stwierdzi się reakcji alergicznej, to wciąż jest szansa, że na całym świecie znajdzie się na tyle wyjątkowy osobnik, który takiego uczulenia dostanie. 

Z etykiet, ulotek informacyjnych i wszelkich innych kanałów komunikacyjnych z klientem powinny zniknąć wszelkie deklaracje negujące słuszność zastosowania składników bezpiecznych, przebadanych i dopuszczonych przez prawo. 

Wisienka na torcie, czyli zakaz mówienia o braku substancji, która jest zakazana przez prawo – np. formaldehyd. Tego też nie wolno komunikować. To tak jakby maturzysta chwalił się, że zdał egzamin dojrzałości bez ściągania. Absurd. 

Uwaga! W niektórych przypadkach użycie powyższych sformułowań jest dopuszczone, pod warunkiem, że sprzyja ono podniesieniu świadomości konsumenta na temat cech produktu, których nie można wyczytać ze składu INCI – mowa tu na przykład o deklaracji „nie posiada składników pochodzenia odzwierzęcego” – ta informacja dla wegan jest bardzo istotna, a osoba bez wykształcenia biotechnologicznego nie wyczyta takiej informacji z listy składników. Podobnie jak w przypadku produktów higieny, których mogą używać dzieci – na przykład informacja „nie zawiera alkoholu” na butelce z płynem do płukania ust jest bardzo ważna. Dozwolone jest także zaznaczenie, że dany produkt został „przebadany dermatologicznie” – albowiem takie badania nie są wymagane prawem. 

Co ciekawe, możecie natknąć się na deklaracje „gluten-free” i „sugar-free” w produktach kosmetycznych i jest to zgodne z prawem. Są one bowiem deklaracjami spożywczymi, a nie kosmetycznymi. Jednak ich zastosowanie ma sens wyłącznie w przypadku kosmetyków, które siłą rzeczy mogą przedostać się do układu pokarmowego. Mowa tu o szminkach, pomadkach, błyszczykach, balsamach do ust, itp.

  • „Nietestowane na zwierzętach”

Surprise, surprise – tego typu informacja na kosmetykach, które są produkowane na terenie UE jest zakazana. Albowiem według rozporządzenia nie wolno chwalić się praktykami, które wynikają z przestrzegania prawa. Testowanie kosmetyków na zwierzętach jest zabronione na terenie UE, więc żaden produkt pochodzący ze Wspólnoty nie może być testowany na zwierzętach. Mało tego, każdy surowiec wchodzący w skład kosmetyku produkowanego i sprzedawanego na terenie UE nie może być testowany na zwierzętach. Wracając do zakazu stosowania tego typu deklaracji, producenci chcąc podkreślić wyjątkowość swoich produktów umieszczają na nich oznakowania, które przypominają klientowi o poszanowaniu życia i zdrowia zwierząt, a nie używają zakazanego sformuowania. Zapewne wpadło wam w oko hasło „animal friendly” lub „we love animals”. Tego typu claimy mają za zadanie przybliżenie konsumentom filozofii marki, podejścia do życia i zasad, którymi dana firma się kieruje. Nie wszyscy troszczą się o zwierzęta, dlatego zasygnalizowanie klientowi, że dana marka dba o życie stworzeń dużo mówi o jej wartościach. Jak zweryfikować, czy producent włożył należyty wysiłek w weryfikację i selekcję surowców? Jak my, jako klienci, możemy być w 100% pewni, że wybierane przez nas kosmetyki nie przyczyniły się do okrucieństwa stosowanego wobec zwierząt? Tutaj wchodzą do gry organizacje międzynarodowe nadzorujące producentów nie tylko na etapie produkcji kosmetyku i wdrażania go na rynek, ale również poprzez sprawdzanie surowców i ich dostawców. Kolejnym etapem kontroli producentów są regularne, cykliczne audyty, które gwarantują uczciwość wobec klientów. O wiarygodnych organizacjach i ich certyfikatach napiszę w odrębnym poście. 

  • „One&Only”

Kosmetykom nie można też przypisywać „szczególnych” właściwości, które tak naprawdę mają również inne, podobne kosmetyki. Przykład: nie można chwalić się tym, że „nasz szampon myje włosy”, bo przecież każdy szampon myje włosy.

  • „Fair play”

Oświadczenia dotyczące kosmetyków muszą być obiektywne i nie mogą w złym świetle stawiać konkurencji ani legalnie stosowanych składników – np. „Nasz balsam X jest lepszy od balsamu firmy Y” . Informacje dotyczące kosmetyków nie mogą prowadzić do mylenia ich z produktami konkurencyjnymi – czyli na przykład nie wolno nazwać produktu KIS ME, jeśli na rynku funkcjonuje podobny kosmetyk o nazwie KISS ME.

Wprowadzone regulacje prawne mają na celu usystematyzowanie i dopełnienie dotychczas panującego prawa, ochronę konsumenta, rozwój jego świadomości i zapewnienie zasad zdrowej konkurencji, by na dynamicznie rozwijającym się rynku kosmetycznym wygrali producenci, którzy wykazują się uczciwością oraz szacunkiem do klienta. Branża z wielką uwagą obserwuje to, co dzieje się na polu legislacyjnym, ponieważ coraz częściej pojawiają się kolejne rozporządzenia prawne, które oprócz ustalania zasad, wyciągają konsekwencje w stosunku do producentów. Za naruszenie prawa grożą ogromne kary finansowe, a nawet wycofanie produktów z rynku (=ogromne straty finansowe) lub nawet zamknięcie firmy (=bankructwo). Co ciekawe, mimo utrudnień wynikających ze zmieniającego się prawa (ujednolicenie etykiet, zmiany w oznaczeniach, co wiąże się ze sporymi kosztami), branża pozytywnie ocenia zaostrzenie rygoru producenckiego, a nawet ustanowienie konkretnych kar finansowych za nielegalne działania na rynku kosmetycznym.

Zdjęcia: Unsplash

Konsultacja merytoryczna: Olga Zajączkowska / biotechnolog, Magdalena Pionkowska / technolog

Źródła:

  • Rozporządzenie Komisji nr 655/2013/WE
  • Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) Nr 1223/2009
  • Kosmetyczni.pl
  • Biotechnologia.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.