Kosmetyczne odkrycia #5

Nadszedł czas na kolejną turę moich kosmetycznych odkryć. Tym razem skupiam się na pielęgnacji, ponieważ od jakiegoś czasu zminimalizowałam stosowanie kolorowych kosmetyków. Ma to swoje plusy – moja cera jest delikatna, oczyszczona i pozbawiona wszelkich niedoskonałości. Oto produkty, które miały wpływ na polepszenie kondycji skóry mojej twarzy.

Zapewne wiele z was nie może zupełnie zrezygnować z codziennego makijażu. Praca i codzienne spotkania wymagają od kobiet reprezentacyjnego wyglądu. W końcu trudno zestawić elegancki ubiór z twarzą w stanie saute. Dla wielu z nas (również dla mnie) makijaż dodaje nieco otuchy psychice i dzięki niemu przynajmniej wyobrażamy sobie, że jesteśmy piękniejsze. Są jednak takie chwile w życiu, kiedy warto zamknąć kolorowe kosmetyki w szafce i dać skórze odetchnąć. Myślę, że weekend majowy jest idealną okazją na regenerację skóry. Oto kosmetyki, które jej w tym pomogą.

Processed with VSCO with e7 preset

Pianka do mycia twarzy – Advanced Cleanser, Dermaceutic

O dermokosmetykach marki Dermaceutic pisałam w poprzednim tekście poświęconym kosmetycznym odkryciom. Jestem tak zachwycona ich kremami, że postanowiłam także wypróbować piankę do mycia twarzy. Nie wiem jak wy, ale do kwestii usuwania zanieczyszczeń mam dość sprecyzowane oczekiwania – kosmetyk ma się ich po prostu pozbyć. Wszelkie inne właściwości pielęgnacyjne zrzucam na garb kolejnych etapów dbania o skórę. Producent zapewnia, że pianka do mycia Dermaceutic pozbawia skórę wszelkich, nawet najmniej widocznych zanieczyszczeń bez ingerencji w jej warstwę ochronną. Nie sprawdzałam tego pod mikroskopem, ale rzeczywiście produkt doskonale radzi sobie nawet z opornym makijażem, pozostawiając skórę delikatną i mięciutką jak pupka dziecka.

Processed with VSCO with e7 preset

Peeling enzymatyczny – Pure Ritual, Helena Rubinstein

Ostatnio wybrałam się do drogerii po nowy podkład. Coś stało się z moją skórą i nie chciała absorbować nawet najdelikatniejszych fluidów o działaniu nawilżającym. Byłam zaskoczona, bo wydawało mi się, że tygodnie bez ciężkiego makijażu powinny dać skórze trochę oddechu. Rozżalona zastanym stanem rzeczy wybrałam się zatem do sklepu, dorwałam chętną do pomocy ekspedientkę i wytłumaczyłam jej problem. Byłam miło zaskoczona, ponieważ pani zamiast wciskać mi do skutku nowe podkłady, zadała mi pytanie jakiego peelingu używam. Jedyne co potrafiłam wykrztusić to bardzo elokwentne „yyyyy”. No więc przyznałam się, że od miesięcy nie używałam żadnego peelingu. Pani poleciła, bym przez 2-3 tygodnie co trzeci dzień zastosowała kosmetyk złuszczający naskórek i zagwarantowała, że nie będę potrzebowała nowego fluidu. Drogerię opuściłam bez zakupów, bo uznałam, że warto spróbować. Odkopałam z moich zasobów peeling enzymatyczny, który kupiłam kilka miesięcy temu (a który użyłam dosłownie raz). I rzeczywiście po dwóch tygodniach regularnego stosowania (2-3 razy w tygodniu) moja skóra stała się jeszcze bardziej rozpromieniona, zniknęły z niej przebarwienia i oznaki zmęczenia, a moje ulubione podkłady trzymają się na niej o wiele dłużej. Peeling enzymatyczny w odróżnieniu od tych gruboziarnistych nie ściera wierzchniej warstwy naskórka, dlatego jest polecany do wrażliwej i cienkiej skóry twarzy. Pure Ritual Heleny Rubinstein ma lekko oleistą konsystencję i zostawia na skórze aksamitną powłokę. Do tego pięknie pachnie i jest przyjemny w użyciu. Niestety nie należy do najtańszych kosmetyków, ale jest bardzo wydajny. 

Processed with VSCO with e7 preset

Processed with VSCO with e7 preset

Krem do twarzy – Vitamin E, The Body Shop

Zwieńczeniem pielęgnacyjnych rytuałów jest odpowiednio dobrany krem. Na ten z witaminą E trafiłam zupełnym przypadkiem, przechodząc obok sklepu The Body Shop w jednej z warszawskich galerii handlowych. Dawno nie byłam w tym sklepie, więc pokusiłam się o sprawdzenie, czy tym razem coś mnie zaskoczy. Tutaj znów zmolestowałam ekspedientkę o rekomendację nawilżającego kremu na co dzień. Pani dyskretnie rzuciła okiem na moją (niepomalowaną) twarz i zaproponowała serię z witaminą E, która dedykowana jest skórze z pierwszymi oznakami starzenia. W produktach The Body Shop fajne jest to, że ten sam kosmetyk ma kilka wariantów konsystencji, które można dostosować do indywidualnych potrzeb skóry. Ja wybrałam ten najbardziej odżywczy, a jednocześnie zostawiający matujące wykończenie. Dzięki temu nawet nałożony na krem podkład nie świeci się jak bożonarodzeniowa choinka. Jestem z niego bardzo zadowolona i stosuję go nawet, gdy rezygnuję z makijażu, bo mam pewność, że moja twarz będzie wyglądała, hmm…apetycznie 🙂

Processed with VSCO with e7 preset

Processed with VSCO with e7 preset

Krem BB – Prep + Prime, MAC

A gdy już mnie najdzie na widoczną poprawę kolorytu skóry, a nie mam czasu na pełny makijaż z konturowaniem i rozświetlaniem, sięgam po krem BB. Moim ostatnim odkryciem jest kosmetyk marki MAC. I choć ta firma jest ostatnią, którą można kojarzyć z delikatnym makijażem, to taki właśnie efekt pozostawia Prep +Prime BB. Ma przyjemną konsystencję i minimalne właściwości kryjące, dzięki czemu naprawdę trudno dostrzec efekt pudru na twarzy. Skóra wygląda jakby była jedynie muśnięta kremem, choć jej koloryt jest wyrównany. Kosmetyk ma silne działanie nawilżające i nie potrzebuje dodatkowego kosmetyku pod spód, dlatego radzę używać go na „suchą” skórę twarzy. Nałożony na inny, nawilżający krem, pozostawia trudne do wyrównania smugi.

Processed with VSCO with e7 preset

Processed with VSCO with e7 preset

Spray podnoszący włosy – Glamtex, Joico

Marzycie o lwiej grzywie? Ja też, zwłaszcza, że moje włosy z natury są przylizane i oklapnięte. I choć lubię gładkie uczesanie, to od czasu do czasu marzy mi się puszysta burza loków na głowie. Oczywiście do tej pory miałam na to swoje sposoby, które jednak miały swoje ograniczenia – głównie czasowe. Na szczęście ostatnio wpadł mi w ręce kosmetyk, który roboczo nazwałam „tapir w spray’u”. Pokazała mi go moja przyjaciółka, Gabi Drzewiecka i co tu dużo mówić, musiałam się do niego przekonać. Gabi ma naturalnie piękne, grube i gęste włosy, więc nie za bardzo chciałam uwierzyć, że jej lwia grzywa to zasługa jakiegoś tam spray’u. No i że ten kosmetyk będzie w stanie podnieść także moje cieniutkie i delikatne włosy, a co ważniejsze – utrzymać je w tej pozycji przez pół dnia. Okazało się jednak, że Glamtex pozytywnie mnie zaskoczył spełniając wszystkie wymagania. Po wysuszeniu włosów należy z dość sporej odległości popryskać nasadę włosów i ułożyć je dłońmi – uwaga, zostają w pozycji, jaką im nadamy. Co ciekawe, produkt nie skleja i nie obciąża włosów. Wymodelowaną fryzurę polecam dodatkowo spryskać lakierem. Choć loki szybko mi się prostują, to efekt uniesienia zostaje do następnego mycia głowy, co jest naprawdę super!

Processed with VSCO with e7 preset

Processed with VSCO with e7 preset

Processed with VSCO with e7 preset

Processed with VSCO with e7 preset

Ilustracje: zdjęcia własne ®

Stopka 1

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s