Czarny PR feminizmu

XXI wiek i szeroki rozwój cywilizacji powinny być jednoznaczne z równouprawnieniem. Choć na świecie występuje wiele podziałów, które trudno ze sobą pogodzić, to nie mogę uwierzyć, że ten najbardziej naturalny – płciowy, jest wciąż tak wyraźny. Co więcej, wbrew pozorom walka o prawa kobiet jest mobbingowana i odbierana jako herezja. Nie wiem jak wam, ale mi to zalatuje średniowieczem.

Na pytanie, czy jestem feministką do tej pory odpowiadałam „zdecydowanie nie”. Mało tego, twierdziłam, że wcale nie chcę nią być. Moje sceptyczne nastawienie do tego ruchu, czy też idei społecznej wynikało ze – wstyd się przyznać – niewiedzy. Jak zdecydowana większość osób, dałam się wkręcić w złą aurę, która towarzyszyła temu ruchowi. Uwierzyłam, że feministki to głośno wrzeszczące baby z pretensjami do świata i ludzi. Że feministki są wiecznie niezadowolone i szukają problemów, zamiast je rozwiązywać. Że feministki to kobiety, które na siłę chcą zdeprecjonować rolę mężczyzn i wywrócić porządek świata do góry nogami. Oczywiście to wszystko piszę z mocnym ubarwieniem – aż tak zacofana nie jestem, ale jednak czarne chmury mojej świadomości zawsze towarzyszyły temu pojęciu. 

Doznałam oświecenia, gdy wzięłam do ręki archiwalne (chyba marcowe) wydanie magazynu Glamour, w którym znalazłam tekst o feminizmie. Muszę przyznać, że chyba żaden inny artykuł kobiecego czasopisma tak mną nie tąpnął, jak ten tekst. Artykuł napisała Angelika Kusińska, której zaledwie dwie strony argumentów wystarczyły do zmiany mojego podejścia do feministek, ale także uzmysłowiły, że ja również nią jestem. Już na wstępie pojawiają się pytania: czy uważasz, że wszyscy ludzie są równi? Czy uważasz, że powinnaś zarabiać tyle samo, co mężczyzna na takim samym stanowisku? Czy uważasz, że masz prawo jednocześnie robić karierę i rodzić dzieci? Chcesz świadomie zrezygnować z pracy na rzecz wychowywania dzieci? A może podjęłaś decyzję o rezygnacji z macierzyństwa? Czy uważasz, że możesz i powinnaś samodzielnie decydować o swoim życiu, losie i ciele? Autorka artykułu twierdzi, że jeśli choć na dwa pytania odpowiedziałam „tak”, to jestem feministką. Kurczę, ja odpowiedziałam „tak” na wszystkie pytania – wygląda na to, że jestem ortodoksem.5Jak mogłam o tym nie wiedzieć? Jak pisałam wcześniej, wynikało to z niewiedzy i braku zainteresowania tematem. Byłam przekonana, że feministki to rozkrzyczane frustratki, które nienawidzą mężczyzn. Nie miałam świadomości, że słownikowa definicja feminizmu mówi o politycznej, społecznej i ekonomicznej równości płci. A przecież równość wyklucza dominację jednej ze stron. Zarówno męskiej, jak i żeńskiej. Tymczasem prawda jest taka, że nasz współczesny świat, choć i tak zrobił ogromny postęp od średniowiecza, to wciąż zdominowany jest przez facetów. Rodzi się we mnie bunt, gdy dowiaduję się, że mężczyźni otrzymują większe wynagrodzenie za pracę na tych samych stanowiskach, co kobiety. Są też zawody zdominowane przez kobiety, choć jest ich znacznie mniej. Mężczyźni – modele nie dość, że mają mniej możliwości rozwoju kariery, to ich stawki są niższe niż kobiet pracujących na wybiegach. Ten fakt też budzi we mnie bunt, bo jestem feministką. 4Prawda jest jednak taka, że to wciąż my – kobiety mamy w życiu pod górę. To my jesteśmy wystawione na pierwszy ogień oceny i krytyki. Kobieta musi starać się 10 razy bardziej, udowadniać 10 razy dłużej i pracować 10 razy ciężej, by pokazać swoją wartość. Gdy decyduje się na założenie rodziny, to ona musi zrobić sobie przerwę w pracy, co w naszych polskich realiach kończy się zwolnieniem po zakończeniu „urlopu macierzyńskiego”. Mnie to także spotkało. To ona walczy z psychicznymi i fizycznymi skutkami wydania na świat małego człowieka. Oczywiście ona także jest beneficjentem wspaniałego rozdziału w życiu. Ale jakoś nie w oczach przedsiębiorców i społeczeństwa. Z perspektywy ogółu z ambitnej i przedsiębiorczej kobiety stała się kurą domową, której wiedza o świecie ogranicza się do wywodów na temat pieluch i gryzaków. Gdy kobieta rezygnuje z macierzyństwa na rzecz robienia kariery, jest zimnym i wyrachowanym wybrykiem natury. A instynkt macierzyński dojedzie ją, gdy zegar biologiczny pokaże jej środkowy palec. Temat poruszyła ostatnio Marina Łuczenko-Szczęsna, która przywołując swój przykład pokazała popularny sposób postrzegania kobiet w naszym społeczeństwie. Marina ma rację – gdy kobieta wychowuje dziecko i zajmuje się domem, jest kurą domową. Gdy decyduje się na powrót do pracy – jest wyrodną matką. Gdy siedzi w domu – jest kocmołuchem, gdy zostawia dziecko pod opieką babci czy opiekunki – jest zwyrodnialcem. W takiej mentalności naprawdę trudno znaleźć logikę i konsekwencję. Wszystkie matki wiedzą, że miłość do dziecka jest bezgraniczna i bezwarunkowa, że zatopiona w macierzyńskiej utopii opinie społeczeństwa nie mają znaczenia. Emocje i radość, jakie daje dziecko zamyka zmysły na przyswajanie przykrych opinii, ale prędzej czy później dziecko zacznie żyć swoim życiem, a matka będzie musiała wrócić do aktywności zawodowej i życia w społeczeństwie, które na podstawie macierzyńskiego odklejenia od świata, ma ją za looserkę. Naprawdę podziwiam kobiety, które dźwignęły ten ciężar i pokazały, że są nie tylko matkami, ale także wykwalifikowanymi pracownikami, niezastąpionymi specjalistami w swoich dziedzinach i ambitnymi kobietami z pomysłem na swoją przyszłość. 2Bardziej bolesne są komentarze odnośnie zależności kobiety od mężczyzny. Zwłaszcza, gdy tak się w życiu składa, że serce zdecyduje o wyborze partnera, który ma na swoim koncie nie jeden sukces. Pisałam o tym w tekście „Żona męża”, który spotkał się z dużym odzewem z waszej strony. Kobiety związane z zaradnymi mężczyznami oceniane są przez pryzmat osiągnięć swoich partnerów. Gdy ona nie odnosi równie spektakularnych sukcesów, uważa się ją za klasyczną „pijawkę”, która przyssała się do portfela swojego mężczyzny. Gdy kobieta jest zaradna i przedsiębiorcza, to na pewno swój sukces zawdzięcza tylko i wyłącznie facetowi. Bo na pewno załatwił jej pracę lub sfinansował własny biznes. A gdy model rodziny jest odwrotny od standardowego, gdy to ona zarabia i utrzymuje dom? Wtedy jest emocjonalną karykaturą, która zamiast prawdziwego mężczyzny, wybrała sierotę. Uwierzcie mi, że te opinie nie są moje, są zasłyszane od dorosłych, wyedukowanych i wydawałoby się – dobrze wychowanych ludzi z mojego otoczenia.

Dlaczego postanowiłam głośno mówić o swoim feminizmie? Wiem, że mój jeden głos nie zmieni porządku świata, ale mam nadzieję, że zachęci inne kobiety do walki o swoje prawa i szczęście. Być może, gdy więcej z nas będzie miało odwagę głośno mówić o równouprawnieniu, mentalność społeczeństwa zacznie się zmieniać.1

Ilustracje: Edyta Klaper

Stopka 1

Jedna myśl w temacie “Czarny PR feminizmu

  1. Aga ! Super napisane, ja też w przeszłości wypierałam się tego, że jestem feministką tylko dlatego, że jak się okazuje nie znałam znaczenia tego terminu. Kiedy niedawno zagłębiłam się nieco w ten temat z dumą odpowiadam, że tak zdecydowanie jestem feministką. Pozdrawiam !

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s