Kosmetyczne odkrycia #2

To był najlepszy październik w moim życiu! Minął szybko, bo połowę miesiąca spędziłam na długo wyczekiwanym urlopie. I choć byłam odcięta od sklepów, to wybrałam kilka kosmetycznych hitów, godnych polecenia.

Och, co to były za wakacje! Piasek jak mąka, przeźroczysta woda w kolorze lazuru, nigdy nie gasnące słońce, temperatura powietrza dochodząca do 30 stopni. Do tego towarzystwo moich dwóch wielkich miłości: Różyczki i Kuby, pełen relaks, zabawa i beztroska. Jednak uroda nie ma wakacji i trzeba o nią dbać bez względu na to, gdzie jesteśmy. Oczywiście aura wpływa na wybór stosowanych produktów, dlatego zacznę od tych stricte wakacyjnych. 

Linia kosmetyków Solar marki System Professional: Po raz kolejny przekonałam się, że należy słuchać się intuicji. To ona podpowiedziała mi, by przed wyjazdem na wakacje podciąć włosy. Gdy Przemek dowiedział się, że lecę na urlop, wrzucił mi do torebki linię kosmetyków chroniących włosy przed promieniowaniem słonecznym. Wiecie, że jestem totalną przeciwniczką opalania i do końca moich dni będę przekonywać, że smarowanie skóry kremami z filtrami UV jest absolutną podstawą wychodzenia na słońce, ale nigdy nie wpadłam na to, by chronić włosy. Zachwycona tym odkryciem spakowałam nowe nabytki do kosmetyczki i wspólnie wyruszyliśmy na podbój Karaibów. Marka System Professional stworzyła linię kosmetyków Solar, które chronią włosy przed uszkodzeniami, jakie wywołuje ekspozycja na słońce. Wśród nich znajdziecie szampon (który może służyć również jako żel pod prysznic, co jest naprawdę super gdy chcemy minimalizować ciężar bagażu), odżywkę (w konsystencji nieco przypominającą maskę), olejek oraz krem (!) W sprayu. Ten ostatni towarzysz wzbudził moją największą ciekawość – jest bowiem odpowiednikiem kremu do opalania na skórę, tylko stosuje się go na włosy. Należy spryskać nim czuprynę przed wyjściem na słońce, by ochronić włosy przed szkodliwym promieniowaniem oraz wysuszeniem, jakie powoduje słona i chlorowana woda. Jest łatwy w użyciu, nie obciąża włosów, a do tego pięknie pachnie! Jak zresztą wszystkie kosmetyki z linii Solar. Co prawda sezon urlopowy dobiegł końca (przynajmniej dla mnie), ale polecam przyjrzenie się tym kosmetykom przed następnymi wakacjami. 

Krem Eisenberg Trio Moleculaire Pure White: firmę Eisenberg kocham całym sercem i mogłabym polecać każdy produkt, który trafia w moje ręce. Wydaje mi się, że nie jestem jedyna – z kimkolwiek bym nie rozmawiała o tych kosmetykach, słyszę wyłącznie dobre opinie. Nic dziwnego – francuska firma z wieloletnią tradycją doskonale zna się na rzeczy i robi naprawdę rewelacyjne produkty. Od kilku tygodni stosuję cały rytuał pielęgnacyjny na kosmetykach Eisenberg i muszę przyznać, że skóra mojej twarzy chyba nigdy nie wygląda tak dobrze. Na rytuał składają się peelingi (do twarzy i pod oczy), tonik usuwający zanieczyszczenia oraz kremy – na dzień i na noc. I to właśnie ten ostatni skradł moje serce. Trio Moleculaire jest bogaty w składniki odżywcze, w konsystencji nieco gęstszy i cięższy, ale zaczęłam stosować go także na dzień (gdy emulsja mi się skończyła). Nie dość, że mocno nawilża, to jeszcze wygładza skórę. Stanowi więc świetną bazę pod podkład. Makijaż utrzymuje się przez długi czas, a skóra przez cały dzień jest świeża i promienna. Jedynym minusem kosmetyków Eisenberg jest cena – kremy są dość drogie, ale z drugiej strony przystępne w porównaniu do innych kosmetycznych marek premium.

Węglowy żel micelarny Be Bauty: kiedy inwestuje się w drogi krem, można oszczędzić na żelu do mycia twarzy. Zwłaszcza, że istnieje naprawdę świetny produkt za dosłownie kilkanaście złotych. Na żel micelarny z węglem marki Be Beauty natknęłam się podczas zakupów w… Biedronce. Gdy wrzucałam do koszyka pieluchy dla Róży, rzucił mi się w oczy ON i pomyślałam „no dobra, zawsze się przyda”. Przede wszystkim zaciekawiła mnie forma kosmetyku micelarnego – byłam przekonana, że występują one wyłącznie w formie płynu. A tu proszę, takie zaskoczenie! Ponieważ płynu nie używam zbyt często (z lenistwa), to forma żelowa bardzo do mnie przemawia. Usuwa wszelkie zanieczyszczenia i resztki makijażu, jednocześnie nawilżając skórę. Znajdujące się w nim micele doskonale nadają się do demakijażu oka (usuwają nawet wodoodporny tusz) i nie podrażniają delikatnej skóry. Węglowe mini cząsteczki potrafią rozprawić się z naprawdę silnymi zabrudzeniami, więc po kilku ruchach twarz zostaje doskonale oczyszczona i – co najważniejsze – żel nie powoduje efektu „ściągnięcia” skóry. Polecam z całego serca!

Perfumy Victor & Rolf Flowerbomb Nectar: amatorki zapachów duńskiego domu mody mogą zacierać rączki na kolejną edycję klasycznego zapachu Flowerbomb. O ile już nie zacierają, ponieważ zapach ten nie jest super nowy, za to stosunkowo trudno dostępny i do tego – co tu owijać w bawełnę – dość drogi. To właśnie cena odstraszyła mnie od kupna, gdy pierwszy raz wzięłam go do ręki. Ale ja już tak mam z zapachami Victor & Rolf, że jak raz spróbuję, to nie mogę się ich pozbyć. Klasyczną wersję Flowerbomb używam od prawie 10 lat, teraz przyszła kolej na nową wersję. Nectar nieco różni się od pierwowzoru: jest jeszcze bardziej słodki i mocny, ale o wiele więcej w nim nut kwiatowych. Jest bardziej kobiecy i elegancki. Kocham go jak wszystkie pozostałe perfumy Victor & Rolf. Tak, jestem ich psychofanką. 

Pędzel Karl Lagerfeld: sztuka dobrania odpowiedniego pędzla wcale nie jest prosta. Zresztą tej materii poświęciłam tekst „Pędzlem po twarzy”, do przeczytania którego bardzo was zachęcam. Ja znalazłam nowy egzemplarz, który mogę w 100% polecić. Pędzel pochodzi z kolekcji kosmetyków Karla Lagerfelda, i choć podchodziłam z dużą rezerwą do tej kolaboracji (wiecie jak to jest z tymi kapsułowymi kolekcjami – zazwyczaj okazuje się, że jest to chwyt marketingowy, który przyciąga ze względu na znane nazwisko, a okazuje się, że produkty są kiepskiej jakości), to ten pędzel zrobił na mnie duże wrażenie. Zawsze miałam kłopot z dobraniem odpowiedniego aplikatora do sypkiego pudru – albo robiły się wielkie, białe plamy, albo puder opadał zanim nałożyłam go na twarz. Efekt? Albo groteskowa „tapeta” albo brak utrwalenia. Ten pędzel doskonale aplikuje kosmetyk  – przede wszystkim skutecznie i bez sztucznego efektu. Stosuję go zarówno do pudry sypkiego, jak i w kamieniu, i za każdym razem sprawdza się rewelacyjnie.

Mam ogromną frajdę pisząc o moich ulubionych kosmetykach,  mam nadzieję, że wśród nich znajdziecie coś dla siebie.

Zdjęcia: materiały własne

2 myśli w temacie “Kosmetyczne odkrycia #2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s