Bolesny romans ze słońcem

Lato w pełni, żar leje się z nieba, słońce nas rozpieszcza… a może jednak krzywdzi? Jeszcze kilka lat temu bez wahania odpowiedziałabym, że to pieszczota. Dziś jestem naczelnym wrogiem opalania.

Zawsze lubiłam wylegiwać się na plaży – to był mój ulubiony letni sport. Jedyna wakacyjna aktywność, w której byłam naprawdę dobra. Potrafiłam leżeć plackiem na słońcu przez kilka godzin, zmieniając tylko strony ciała, by wyrównać opaleniznę. Część z was złapie się za głowę, część przypomni sobie ostatni wypad nad wodę. Niestety muszę przyznać, że reakcja pierwszej grupy jest bardziej „zdrowa”. Dziś zupełnie inaczej spędzam czas na wakacjach, i o dziwo nie jest to wyłącznie kwestia małego dziecka, za którym trzeba wszędzie biegać. Moje bezmyślne zachowanie i brak świadomości o skutkach szkodliwego działania promieni słonecznych zaprowadziły mnie do naprawdę niebezpiecznego miejsca. Głupota może mnie wiele kosztować. Ale od początku.

Kilka lat temu, gdy pracowałam jeszcze w redakcji „Dzień Dobry TVN”, obchodziliśmy Światowy Dzień Walki z Czerniakiem (który przypada na 12 maja). Tego dnia na antenie programu dużo mówiło się o tej najgroźniejszej chorobie skóry, w naszym studio gościło wielu specjalistów z zakresu dermatologii. W przerwach między wejściami na wizję wydawca zaproponował, by redakcja również poddała się badaniom, abyśmy sprawdzili stan swojej skóry. Gdy przyszła kolej na mnie, badająca nas wówczas dr Iwona Pniewska spojrzała na mnie i kazała mi się umówić na wizytę w gabinecie, bo – jak to określiła – „to trochę potrwa”. Tydzień później byłam już w gabinecie dr Pniewskiej, a „przegląd” moich pieprzyków zajął jej prawie godzinę. Zbadała wówczas 46 znamion – a to i tak nie wszystkie. Na pierwszy ogień poszły te, które gołym okiem wydały się jej groźne. Już wtedy diagnoza była dość przybijająca: „Ma pani zespół znamion dysplastycznych i dożywotni zakaz opalania”, przy czym najpierw dotarła do mnie druga część komunikatu. Moja buntownicza natura od razu zaczęła protestować, co w starciu z autorytetem objawia się jednak dyplomatycznymi negocjacjami. Gdy po kilku minutach namawiania lekarza na odstępstwa od tej recepty, że może raz w roku to nie szkodzi, bo przecież częściej nie wyjeżdżam na wakacje. Bo co jest złego w tym opalaniu? Na szczęście trafiłam na bardzo zdecydowanego i przekonującego przeciwnika, który kilkoma zdaniami zniechęcił mnie do dalszych pertraktacji. Dr Pniewska zaczęła tłumaczyć moją sytuację, która naprawdę nie rysowała się kolorowo. „Przez dożywotni zakaz opalania należy rozumieć kategoryczny zakaz spędzania czasu na słońcu. Na plaży trzeba smarować się kremem z filtrem 50 od stóp do głów. Przez słowo „smarować” mam na myśli zostawienie na skórze białej warstwy kremu. Gdy przebywa pani na dworze, to tylko w cieniu i najlepiej w koszuli z długim rękawem. Od teraz tak spędza pani urlop, pani Agnieszko” – usłyszałam. Późniejsze wątki tej rozmowy tylko mnie dobiły. Dowiedziałam się, że zdiagnozowany zespół znamion dysplastycznych oznacza mniej więcej tyle, że jestem 80% bardziej narażona na wystąpienie czerniaka, niż każdy inny człowiek. No i że mam całe ciało dosłownie wysypane pieprzykami. Po pierwszej wizycie dr Pniewska zakwalifikowała 12 moich znamion do wycięcia. Gdy usuwasz pieprzyki ze względów estetycznych, możesz skorzystać z lasera. Gdy wycięte znamiona muszą powędrować na badanie histopatologiczne (które określa, czy badana tkanka zawiera komórki rakowe), zabieg odbywa się przy użyciu skalpela, jest znieczulenie, szycie, szwy, rany. I blizny. W ilości dwunastu – na początek. W tym roku moja kolekcja powiększyła się o 7 kolejnych. 

20080810112
Rodos, 2008 rok
20080807073
Rodos, 2008 rok

Dlaczego to cholerstwo trafiło się akurat mnie? Część tego „sukcesu” to geny, ale znacznie większa – głupota. W mojej rodzinie występują znamiona. Moja mama ma ich trochę, tato chyba też, ale nigdy nie stanowiły one większego problemu. Nikt natomiast nie ma inwazji czarnych kropek jak ja. Skąd się one wzięły? Gdy sięgam pamięcią wstecz, nie przypominam sobie lata bez oparzenia słonecznego. Co roku nadchodzące wakacje były jednoznaczne z okładami z kwaśnej śmietany, a później gdy do naszego kraju dotarły dobrodziejstwa współczesnej medycyny – z Panthenolu – pianki na poparzenia, której zapas mam w domu zawsze. „Bo Ty opalasz się na czerwono” – słyszałam od rodziny i znajomych, i jako małe dziecko trudno było mi znaleźć inne wytłumaczenie. Dzisiaj wiem, że „na czerwono” to żadna opalenizna, to poparzenie. „Żadne, nawet najmniejsze poparzenie w wieku dziecięcym nie zostanie bez skutków na późniejszym etapie życia człowieka” – tłumaczy mi dr Iwona Pniewska i dodaje – „przez poparzenie należy rozumieć każde zaczerwienienie skóry – to pierwszy stopień. Gdy towarzyszy mu świąd, pieczenie i pęcherze wówczas mamy do czynienia z drugim stopniem poparzenia skóry. Brak czucia i wykwity ropne to już trzeci stopień poparzenia, tzw. martwica” – mówi dermatolog. Problemy skórne, z którymi borykam się dzisiaj to zasługa regularnych poparzeń, z jakimi moja skóra musiała się zmierzać w dzieciństwie. „Największy wykwit znamion przypada na drugą i trzecią dekadę życia – w tym okresie zbieramy żniwa tego, na co narażona była skóra podczas okresu dzieciństwa” – zaznacza dr Pniewska.

DSC00868
Malediwy, 2009 rok
DSC00873
Malediwy, 2009 rok

Pamiętam jedne wakacje, które – jak wnioskuję – miały duży wpływ na dzisiejszy stan mojej skóry. Miałam wtedy chyba 17 lat, polecieliśmy całą rodziną na urlop na Dominikanę. Karaiby – spełnienie moich marzeń. Zresztą od tamtej pory to moje ulubione miejsce na Ziemi ze względu na kolory, krajobraz i wieczne słońce. Gdybym wtedy posiadała wiedzę, jaką mam dzisiaj, być może raj nie zmieniłby się w piekło. Wyjątkowo „ostre słońce” (ze względu na położenie geograficzne Wysp Karaibskich) świeciło od świtu do zmierzchu, a ja nienasycona widokami i piękną atmosferą wakacji, nie chciałam opuścić ani jednej minuty słońca. Oczywiście praktykując mój ulubiony, letni sport, czyli tzw. plażing. Kremy ochronne? Tak, stosowałam. Raz dziennie, zazwyczaj rano, przed pierwszą rundą rozgrywek. Później już jakoś o tym zapominałam. Nawet po długich kąpielach w rajskiej wodzie. Niedawno odkopałam zdjęcie z tamtego wyjazdu – mam na nim kilka małych, niewidocznych kropek. Dziś jestem dosłownie obsypana znamionami. Być może to zbieg okoliczności: druga dekada mojego życia, czyli czas „wykwitu znamion” z momentem powrotu z Karaibów, tego nie można stwierdzić z całą pewnością. Wiem natomiast, że po tych wakacjach mój brzuch, plecy, ręce i ramiona przypominają sierść dalmatyńczyka, a nie skórę młodego człowieka.

Dominikana, 2005 rok
Dominikana, 2005 rok
Dominikana 121
Dominikana, 2005 rok

Kilka lat temu postanowiłam stawić czoła kompleksom, w jakie wprawiły mnie masowo wyrastające znamiona na mojej skórze. To była jakaś ważna okazja – chyba rozdanie Telekamer. Na ten wieczór wybrałam wieczorową suknię z odkrytymi plecami. Kilka dni później Joanna Horodyńska w swoim programie „Gwiazdy na dywaniku” zasugerowała, że powinnam sobie zrobić peeling pleców, bo nie wypada pokazywać się publicznie z „tak brzydkimi plecami”. Choć mam duży dystans do swojego wyglądu i bardzo lubię Joasię, nie ukrywam, że tamte słowa mnie dotknęły. Ale tu nie chodzi wyłącznie o względy estetyczne, a o zdrowie, a nawet życie, które zależy od tego, czy w stosie czarnych plam znajdzie się ta jedna, która może świadczyć o raku skóry. 

Wiem, że nie ja jedyna wychodziłam na słońce w latach 90-tych, kiedy świadomość ochrony skóry i zagrożeń wynikających z promieniowania słonecznego była żadna. Nie ja jedna opalałam się „na oliwkę”, lub rezygnowałam ze smarowania się w ogóle. A pamiętacie solaria? Gdy byłam nastolatką były do nich takie kolejki, że na wizytę trzeba było się umawiać parę dni wcześniej. Jeśli wiesz o czym piszę, a jeszcze nigdy nie badałeś swoich znamion, umów się do dermatologa. Nie chcę kazać, ja proszę. 

DSC03142
Grecja (Ateny), 2010 rok
DSC03152
Grecja (Ateny), 2010 rok

Dziś sama jestem matką i wyciągam wnioski z lekcji, które dało mi życie. Róża nie wychodzi na słońce bez solidnej warstwy kremu ochronnego z filtrem 50. Delikatna skóra dziecka jest jeszcze bardziej narażona na szkodliwe promieniowanie słoneczne, niż dorosłego człowieka. Smaruję ją całą nawet gdy idziemy do sklepu po bułki. Kupiłam jej także strój kąpielowy z materiału nie przepuszczającego promieni słonecznych. Dermatolodzy twierdzą, że mechaniczne odizolowanie skóry od słońca jest najbardziej skuteczną formą ochrony przed promieniowaniem. Korzystam z faktu, że jeszcze nie ma potrzeby uchodzenia za miss wybrzeża. Bardziej dziewczęce kostiumy ubieramy, gdy słońce mniej grzeje lub gdy idziemy na kryty basen. Czapka z daszkiem lub kapelusz to kolejny gadżet, bez którego nie rozstajemy się na krok – małe dzieci o wiele bardziej narażone są także na udar słoneczny, co w ich przypadku jest niebywale groźne i może prowadzić nawet do zapalenia opon mózgowych. Nie udało mi się jej jeszcze przekonać do noszenia okularów przeciwsłonecznych i szczerze mówiąc trudno mi znaleźć takie z prawdziwą ochroną przed promieniami nie tylko UVB (które oferują zwykłe sieciówki), ale także UVA (te promienie przenikają przez szkło, niszcząc wzrok). Jeśli macie jakieś sprawdzone okulary przeciwsłoneczne dla maluchów, będę wdzięczna za polecenie! Przynajmniej moja córka będzie miała trochę pożytku z młodzieńczej głupoty swojej matki.

IMG_6513
Turcja, 2018 rok
IMG_9807
Sopot, 2018 rok

Ten tekst miał być poradnikiem na temat pięknej i zdrowej opalenizny. Zamiast tego wyszła historia życia mojej skóry w pigułce. Postanowiłam jednak opublikować ten tekst z nadzieją, że skłoni Was do refleksji i troski o swoje zdrowie.

DSC03976
Egipt, 2010 rok
Ilustracje: zdjęcia bardzo archiwalne

Stopka 1

16 myśli w temacie “Bolesny romans ze słońcem

  1. A mi okulistka dziecięca powiedziała że dzieci nie powinny nosić okularków słonecznych bo bardziej szkodzą niż chronią. Chodzi o to że dzieciom w okularkach rozszerzają się źrenice i więcej szkodliwych promieni dostaje się do oka. Zaleca czapkę z daszkiem żeby osłonić oczy. To taka okulistka do której na wizytę czeka się 1,5 roku.
    Bardzo ciekawy tekst. Ja jestem cała w pieprzykach i co pol roku chodzę na ich oględziny.
    Pozdrawiam, Monika

    Polubienie

  2. Bardzo Ci dziękuję za ten artykuł. Niby coś tam wiem, sama mam znamiona, ale już dawno nie byłam na kontroli. Zmobilizowałaś mnie, jutro się zapisuje. A co do swoich dzieci to też mam podobnie jak ty: gruba warstwa kremu i dobry kostium jednak często spotykam się z niezrozumieniem u innych. Słyszę wtedy, że żałuje dziecku słoneczka, że będzie za blade, itp. Bardzo dobrze, że takie teksty powstają bo widać, że świadomość narodu jest jeszcze słaba. Pozdrawiam😊

    Polubione przez 1 osoba

  3. Pani Agnieszko, a czy uzywa Pani samoopalaczy? Rownież mam sporo znamion i staram się nie opalać. Zastanawiam się tylko nad ewentualnym wplywem samoopalaczy na znamiona. Moze Pani dermatolog coś wspominal?

    Polubienie

  4. A to nie jest tak,ze to tez geny?Mam ogrom ich a moje dziecko,ktore unika slonca i ma 8 lat ma juz ich z 20.Pamietam,ze moja ciocia cala byla w znamionach no i mama tez ma

    Polubienie

  5. Przypadkowo natknąłem się na ten artykuł ….
    Rewelacyjny artykuł, wypisz wymaluj życie każdego obdarowanego przez naturę znamionami człowieka jestem pełen podziwu i szacunku że piszesz o tym bo większość ludzi unika tematu lub twierdza że ich to nie dotyczy. Jak bym czytał o sobie historię…z czasem w życiu zmieniają się nasze priorytety.
    Pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s